Izrael. Czy znowu zamkną nas w domach? Już nie druga fala a sztorm.

Aktualizacja: 22 paź 2020

Choć politycy w każdym z częstych ostatnio wystąpień zarzekają się, że nikt nie chce powrotu do pełnego zamknięcia, które przeżyliśmy w marcu i kwietniu, to jednak wciąż nie pojawiają się skuteczne strategie zatrzymania wzrostu zachorowań w Izraelu. Najnowszym pomysłem rządu jest pełne zamknięcie kraju ale tylko na weekendy. Podstawą tego pomysłu jest założenie, że najwięcej zachorowań pojawia się w czasie wolnym kiedy Izraelczycy udają się na spotkania ze znajomymi i rodziną. Celem długoterminowym jest ograniczenie zachorowań do 400 na dzień do końca sierpnia. Wieczorem spodziewamy się szczegółów na temat przebiegu takiego przedsięwzięcia. Zamknięta ma zostać plaża, sklepy, parki narodowe, bary, kluby, restauracje. Czas zamknięcia także pozostaje na razie zagadką. Czy będzie to półtora dnia (od popołudnia w piątek do niedzieli rano) czy wręcz pełne dwa dni - piątek i sobota. Pomysł wydaje mi się ciekawy a przede wszystkim nie tak krzywdzący dla ekonomii. W Izraelu z powodu Szabatu większość biznesu i tak nie pracuje. Centra handlowe są zamknięte a dni te są wolne od pracy. Pojawiły się już pierwsze komentarze uznanych doktorów, że taka decyzja nie ma uzasadnienia w danych epidemiologicznych i nie ma podstaw, by sądzić, że to rzeczywiście pomoże zwolnić tempo zachorowań. Jest to raczej metoda prób i błędów.





Izrael w apogeum drugiej fali?

Zwiastuny nadchodzącej tzw. drugiej fali mogliśmy obserwować już na początku czerwca, kiedy liczba nowych zachorowań przekroczyła 100 dziennie. Mimo zapowiedzi, że przy takiej liczbie powrócimy do zamknięcia, nic takiego się nie stało. Kontynuowaliśmy pracę, rozrywki, zakupy, spotkania i imprezy odkładane przez 2 miesiące. Z tygodnia na tydzień coraz więcej szkół i placówek edukacyjnych było objętych kwarantanną. Znając już szybkość z jaką rozprzestrzenia się wirus, dużym zaskoczeniem jest, że pierwsze ponowne restrykcje pojawiły się dopiero tydzień temu...Dziś mamy środek lipca i bijemy kolejny rekord dziennych zakażeń - 1758 nowych nosicieli zdiagnozowano w ciągu minionych 24 godzin (przy także rekordowej liczbie wykonanych testów - 24 892). Liczba ofiar koronawirusa daje się jak na razie utrzymać na względnie niewysokim poziomie - od początku pandemii jest to 380 osób. Zmieniły się także kryteria przydzielania chorych do grupy przypadków ciężkich (obecnie obejmuje pacjentów także bez respiratora) i wynosi ona 204 osoby. Zaś 57 osób jest podpiętych do respiratorów. Cała obawa polega na nie przekroczeniu krytycznej liczby chorych, powyżej zapewnienie należytej opieki będzie znacznie ograniczone tak jak to miało miejsce chociażby we Włoszech.

Wczoraj Minister Zdrowia powiedział, że "potrzebujemy cudu", by uniknąć ponownego krajowego zamknięcia w domach. Jednocześnie szef rządu Benjamin Netanyahu jak i jego koalicjant Benny Gantz mówią, że robią wszystko, by zamknięciu zapobiec. Ale jak zapobiec, kiedy pozostaje już tylko czekać na cud?

W pierwszej fali rzeczywiście udawało się szybko przerywać łańcuchy zakażeń. Dziś ministerstwo przyznaje, że nie jest już w stanie ich śledzić z taką dokładnością. Poza kilkoma ogniskami w Jerozolimie mamy także duże ognisko w mieście Beitar Illit, gdzie co 80 mieszkaniec jest już aktywnym nosicielem wirusa. Jest to miasto liczące 56 tys mieszkańców, głównie ortodoksyjnych, którzy jak już wspomniałam w poprzednich artykułach najgorzej sobie radzą z zachowaniem restrykcji - żyją w licznych rodzinach i na małej przestrzeni. Opierają się także wszelkim służbom porządkowym. Na dodatek najnowsze badania pokazują, że najczęściej zarażamy się właśnie od bliskich domowników - ponad 50% zakażeń pochodzi od członka rodziny. Na drugim miejscu jest...supermarket.

Moim zdaniem za sam wzrost zachorowań możemy winić w dużej mierze siebie samych. Na co dzień widuję skupiska ludzi, którzy nie zakładają maseczek lub blefują, że je mają, a także słyszę o różnorodnych imprezach odbywających się "w ukryciu" przed władzą, wbrew obostrzeniom. Mało tego, środowiska celebryckie także szybko wróciły do wspólnego imprezowania oczywiście bez maseczek (bo to mało instagramowe), a zdjęcia z takich wydarzeń obiegają internet dodając animuszu innym. Środowiska ortodoksyjne także w innych miastach protestują przed ograniczeniem liczby modlących się w synagogach, mimo że właśnie ta grupa najliczniej "oberwała" w pierwszej fali jeśli chodzi o liczbę zachorowań i hospitalizacji.

Od kilku dni codziennie dochodzi o wielogodzinnych przepychanek pomiędzy policją a rozgoryczonymi mieszkańcami w dzielnicach ortodoksyjnych. Uważają oni, że zamknięcie ich stygmatyzuje i nie jest podyktowane względami epidemii, a uprzedzeniem rządu do tej właśnie grupy. Liczba chorych będzie niestety tylko rosła w wyniku takich wydarzeń.

Chaos w 3 aktach

1. Drastyczny spadek zaufania

Na kryzys zaufania do rządu, który przejawia się w kontestacji zaleceń Ministerstwa Zdrowia ma niewątpliwie wpływ zachowanie samych polityków. Najbardziej rażące są dwa wyraziste "antyprzykłady" samych rządzących:

Pierwszy to zachowanie sprzeczne z własnymi zaleceniami. W czasie świąt Pesah zarówno premier jak i prezydent pomimo decyzji o zamknięciu miast, które miało uniemożliwić obywatelom spotkania z bliskimi, sami spotkali się z członkami rodziny, którzy nie mieszkają z nimi na stałe. "W żywe oczy" obywateli bez zażenowania pokazali, że jednak "co wolno wojewodzie to nie tobie...". Drugi rażący przykład pochodzi sprzed tygodnia. Nasz nowy Minister Zdrowia Yuli Edelstein jednego dnia ze smutną miną ogłasza ponowne ograniczenie uczestników ślubów, pogrzebów, zgromadzeń, by następnego wyszło na jaw, że jego żona w tych samym dniach wydaje wystawne przyjęcie z okazji urodzin z liczną listą gości. Mamy więc Rząd Jedności ale bez solidarności z obywatelami. Drugi powód utraty zaufania do rządu w trakcie kryzysu to fakt, że pandemia zbiegła się w czasie w utworzeniem tzw. Rządu Jedności Narodowej, który miał być porozumieniem ponad podziałami w imię rozprawy z pandemią. Od pierwszych dni nowej koalicji pojawiły się zgrzyty. Politycy zamiast skupić się na rychłym zarządzaniu kryzysem sami najpierw przystąpili do podziału nieistniejących ministerstw pomiędzy koalicjantów, co wiąże się z ogromnymi, niespotykanymi jak dotąd kosztami. Obecnie w Izraelu mamy ok 50 ministrów. Część z nich jeszcze sama nie wie, za co są odpowiedzialni.

W oczach obywateli owładniętych lękiem o zapewnienie podstawowych potrzeb sobie i swojej rodzinie takie postępowanie jest eufemistycznie ujmując "lekkim oderwanim od rzeczywistości". Benny Gantz - koalicjant Likudu zdaje się być ciągle pod wpływem (nie bezpodstawnego) lęku, że do jego premierostwa jednak (z jakiegoś wymyślonego na potrzeby chwili powodu) nie dojdzie. Bardzo trudno o porozumienie i rzeczywiste działanie we wspólnym celu dwóch, tak nielubiących się polityków. Ponadto każdy z dwóch premierów ma do załatwienia w tej kadencji jakiś swój prywatny interes, przez który nie może dostatecznie skupić się na zarządzaniu kryzysem. Ganz przez ten cały czas będzie wypatrywał spisku, który ma go ostatecznie odsunąć od fotela premiera za półtora roku będzie zatem stawał okoniem w wielu kwestiach, Netanyahu zaś z poważnym procesem sądowym "na głowie" musi dostatecznie wykazać się w oczach narodu, by te wszystkie zarzuty o korupcję były tzw. mniejszym złem wobec zasług w czasach kryzysu pandemii. Kryzys gospodarczy, brak przejrzystości finansowej premiera nie przeszkadza mu także wnioskować o anulowanie zapłaconych kilka lat temu podatków na wydatki prywatne. Znajdą się i tacy, którzy uważają, że Netanyahu za wszystko, co robi dla Izraela i tak nie jest dostatecznie dobrze wynagradzany. Gantz z kolei nie widzi nic niestosownego w tym, że w kilka dni po objęciu urzędu Ministerstwa Obrony Narodowej i utworzeniu Rządu Jedności zaplanował remont swojego domu w Rosh Hayin na koszt podatników na kwotę kilku milionów szekli. Kto za tym nadąży?

2. "Podziurawiona" tarcza finansowa

Od początku trwania pandemii rząd ogłosił kilka planów ekonomicznej pomocy dla najbardziej poszkodowanych finansowo obywateli. Problem polega na tym, że egzekucja poprzednich planów szwankuje, a co rusz pojawiają się nowe. Powoduje to pewną dezorientację i komplikację przy ubieganiu się o poszczególne dotacje.

W trakcie realizacji jest kilka planów wzmocnienia finansowego:

  • wypłata zasiłku dla bezrobotnych do czerwca 2021! (ok 1 mln osób na dzień dzisiejszy znajduje się na bezrobociu, przy całkowitej populacji 9 mln obywateli). Zasiłek będzie wypłacany o ile nie nastąpi spadek skali bezrobocia z 23% do 10%, w czym rząd także ma pomóc tworząc nowe miejsca pracy. Zasiłek dla bezrobotnych w Izraelu jest wyliczany na podstawie ostatnich udokumentowanych zarobków. Jednak im wyższa pensja tym niższy procent zasiłku. W normalnych warunkach zasiłek może być wypłacany maksymalnie 6 miesięcy. Ze względu na pandemię ten czas został bezprecedensowo wydłużony do czerwca 2021 roku. Także wobec osób, które straciły pracę na chwilę przed pandemią, czyli z innej przyczyny niż wirus. Celem tego rozwiązania jest danie bezrobotnym perspektywy stabilności finansowej, czasem nawet minimalnej, by mieli możliwość godnego życia w dłuższym wymiarze czasowym. W tym wypadku przedmiotem krytyki jest pytanie o motywację do poszukiwania pracy w przypadku osób, których wynagrodzenie przed kryzysem było na wysokim poziomie. Jak się czują Ci, którzy pracują nieprzerwanie za minimalne wynagrodzenie lub nawet średnie czy wyższe chodząc na co dzień do pracy, bez chwili wytchnienia, narażając się na zakażenia (lekarze, pielęgniarki, sprzedawczyni w sklepie)? Jak patrzą na tych, którzy przez najbliższy rok będą siedzieć w domach, w barach, na podwórkach filozofując o życiu? Oczywiście pracujemy dla wielu korzyści także psychologicznych, nie tylko dla pieniędzy. Pytanie jednak czy przedłużający się marazm, brak pomysłu na siebie w niepewnych czasach czy zwyczajny brak użyteczności i kontaktów z ludźmi przyczyni się do większej motywacji w poszukiwaniu pracy czy raczej do depresji i wyuczonej bezradności. Mam tutaj wątpliwości.

  • dotacja dla samozatrudnionych, których obroty spadły przynajmniej o 40% składa się z dwóch części: dotacja na osobę oraz dotacja na koszty firmowe. Dotacja na osobę wyliczana jest na podstawie zgłoszonych zarobków z 2018 lub 2019 roku. Algorytm jest oczywiście bardziej skomplikowany, ale generalnie powinno to być ok 65-75% miesięcznego średniego przychodu. W marcu ta dotacja wynosiła maksymalnie 6000 NIS, w kwietniu 10500 NIS. Podstawą wypłaty był spadek obrotów o 25%. Jak zaznaczyłam - dziś jest to wymóg minimum 40%. Dotacja na tzw. "koszty stałe" firmy na miesiące marzec i kwiecień mogła wynosić maksymalnie 400 tysięcy NIS. W grupie samozatrudn