Z dziennika emigrantki w Izraelu

Aktualizacja: 17 sie 2020


Dziś będzie nieco bardziej prywatnie, ponieważ 1 lipca minęło dokładnie 6 lat od dnia, w którym wylądowałam w Tel Avivie.

Mój pierwszy miesiąc tutaj naznaczony był w dużym stopniu rozkręcającą się wówczas wojną między Izraelem a Autonomią Palestyńską. Nie powstrzymało mnie to przed porzuceniem planów mimo, iż pierwsze wycia syren były dla mnie ogromnym stresem. Biegnąc do schronu nie wiedziałam czego się spodziewać. Szybko jednak zorientowałam się, że można "normalnie żyć" także w czasie takiej wojny. Przynajmniej na terenie Izraela. O systemie przeciwrakietowym w Izraelu i bezpieczeństwie pisałam wielokrotnie, więc nie wracam teraz do tego, dlaczego właściwie czułam się wtedy bezpiecznie mimo, że nad głową "latały rakiety".

O bezpieczeństwie w Izraelu moimi oczami możesz przeczytać TUTAJ.

Na pewno dużym czynnikiem antystresowym było dla mnie poczucie spełniania życiowego marzenia i to zupełnie samodzielnie! Pamiętam, że właściwie niczego się wtedy nie bałam. Patrzyłam na Izrael przez różowy filtr i chłonęłam każdą chwilę jak odurzona. Chodziłam godzinami po ulicach miast i rozmawiałam z ludźmi. Nagrywałam filmiki, edytowałam je w kawiarniach z widokiem na plażę, dyskutując przy tym z uśmiechającymi się do mnie ludźmi. Próbowałam zrozumieć co się wokół dzieje, a Izraelczycy byli chętni tłumaczyć swoje racje.


Mój 3 miesięczny projekt w Izraelu przeobraził się piękną przyjaźnią, która trwa do dziś. Ale to już wiecie:)









Nie mogę oglądać moich dawnych filmików

Kiedy oglądam dziś filmiki nakręcone jeszcze kilka lat temu, łapię się za głowę jaką ja byłam "naiwną gąską":) Czytanie o jakimś kraju, podróżowanie do niego, a emigracja do tego kraju to dwie zupełnie różne sprawy. Stąd pewnie dyskusje o Izraelu są tak napięte pomiędzy mieszkańcami i wszystkimi, którzy przychodzą ze swoją oceną z zewnątrz. Jakkolwiek pozytywna lub negatywna by ona nie była. Dziś mam już swoje 6 lat w Izraelu i akurat tak się złożyło, że właśnie przedwczoraj po 5 latach zmagań w Urzędzie ds. Migracji przyznano mi izraelskie obywatelstwo. Jeśli rzeczywiście za półtora miesiąca jak obiecują przyjdzie do mnie mój paszport będę obywatelką Izraela. Będę mogła głosować, będę mogła cieszyć się równoprawnym statusem jak inni, a mój mąż nie będzie musiał potwierdzać większości urzędowych pism. Z jednej strony ogarnia mnie radość i pewnego rodzaju spełnienie. W końcu wywróciłam swoje życie do góry nogami, żeby tutaj zamieszkać, założyć rodzinę kosztem chronicznej tęsknoty za rodziną w Polsce, zatem dobrze się stało, że po pewnym czasie mój status tutaj będzie niepodważalny.

Z drugiej strony po kilku latach życia w Izraelu, ale też z racji zmiany roli życiowej, dojrzałości trzydziestoparolatki jestem już inną osobą, bardziej świadomą rzeczywistości która mnie otacza, bardziej rozdarta w kwestiach politycznych czy społecznych, mniej natchnioną, a bardziej analityczną i krytyczną. Odpowiedzi na niegdyś zadawane pytania o Izrael nie przychodzą mi już z taką łatwością, a przynajmniej nie strzelam nimi z szybkością karabinu maszynowego. Być może właśnie dlatego nieco mniej piszę? Jak już zdarza się mi się napisać coś bardziej analitycznego czy politycznego wyniki czytelności są dość niskie. Kto ma czas i uwagę, by zanurzać się w meandry myśli emigrantki, dla której już niewiele rzeczy w życiu jest pięknie czarno - białych?




Kiedy stajesz się Izraelczykiem?

Mimo wielu wewnętrznych przemian i czasem brutalnej weryfikacji swoich przekonań o Izraelu, uważam, że bez tej zakochanej do szaleństwa Karoliny z 2014 , która w ogóle zdawała się nie słuchać głosów rozsądku, nie byłoby tej Karoliny, którą jestem dziś. Jestem wdzięczna za tą piękną drogę. Tak niestandardową, niełatwą, szaloną. Do dziś zastanawiam się, jak to się wszystko wydarzyło mimo wielu pytań o rozsądek? Jestem też szczęśliwa, że wielu moich czytelników towarzyszy mi w tej drodze, nie oczekując, że zawsze Israel Friendly będzie słodko-błękitną krainą snów, a raczej obrazem bliższym rzeczywistości. Kocham Izrael miłością wielką, ale dziś bardziej dojrzałą.

Moja koleżanka na wieść o tym, że stanę się "dwupaństwowcem" podesłała mi zdjęcie naszej pierwszej rozmowy na FB jeszcze z 2013, kiedy to ona była dla mnie niemal anonimową "Polką żyjącą w Izraelu" a ja bardzo chciałabym być na jej miejscu, więc szukałam podpowiedzi jak to osiągnąć. Dziś sama na co dzień otrzymuję takie zapytania od osób szukających wyzwania w życiu, gotowych na przygodę i oczywiście zarażonych izraelskim wirusem, którego trudno pozbyć się z głowy jeśli czegoś się z tym wreszcie nie zrobi. (TUTAJ znajdziesz post na temat procesu starania się o wizę pracowniczą w Izraelu).

I tak oto w 6 lat później jestem tam, gdzie chciałabym być najbardziej na świecie. Swoją emigrację oceniam głównie przez pryzmat życia osobistego, ponieważ gdybym nie miała wspierającego i dobrego partnera oraz jego rodziny, różnice kulturowe, religijne i zwykłe uniwersalne trudy emigracji prawdopodobnie dałyby mi się we znaki znacznie bardziej. Zatem z mojej tych perspektywy nie sam Izrael mnie uszczęśliwia na co dzień ale rodzina i przyjaciele oraz praca, kiedy jeszcze była:) Uszczęśliwiają mnie także oczywiście słońce, izraelskie poczucie humoru, niesłabnące zainteresowanie Izraelem jako przedmiotem analiz psychologicznych oraz oczywiście piękno i historia Ziemi Świętej ale to nie jest coś, co jest w stanie wypełnić mnie w dłuższej perspektywie. Potrzeba pewnego "kleju" a tym spoiwem i tym, co sprawia, że czuję się tutaj dobrze - są ludzie. Dlatego, kiedy piszą do mnie różne osoby szukające swojego miejsca na ziemi, zawsze podkreślam, że mam wrażenie, że żaden kraj na świecie nie uszczęśliwi nikogo sam w sobie, a właśnie ta sieć relacji społecznych i porozumienie z innymi ludźmi. Ja też zakochałam się kilka lat temu w wizji Izraela. Myślę, że na tej samej zasadzie można zakochać się w wizji Islandii, Finlandii, Nowej Zelandii czy Maroko. Jednak na dłuższą metę wyrwani z kontekstu kulturowego i oderwani od rodziny musimy znaleźć sposób na adopcję nowej rodziny, którą może być także grono przyjaciół.


Mam wrażenie, że wielu emigrantów żyjących w różnych częściach świata się ze mną zgodzi.

Czy kocham Izrael bezkrytycznie? Czy zgadzam się ze wszystkim, co robi rząd? Czy będę bronić każdego słowa, które wypadnie z izraelskich ust? Czy nie chciałabym zobaczyć zmian szczególnie dla przyszłości moich dzieci? Czy czasem nie zalew mnie krew oglądając wiadomości? Oczywiście, że tak!

Może właśnie dlatego paszportów nie rozdają tym "zabójczo zakochanym" ale właśnie tym bardziej racjonalnym, mogącym dostrzec niuanse tutejszej rzeczywistości i pomimo tego nadal chcieć tutaj żyć i inwestować w przyszłość zakładając rodzinę.

Ciekawe, co będę miała do powiedzenia za kolejnych 6 lat?



Czy mój Izrael jest "mójszy" niż Twój?

Za to też otrzymuję cięgi co jakiś czas także od polskich, wieloletnich emigrantów w Izraelu. Tacy co już "zęby na Izraelu zjedli", wszystko rozumieją i niech się ktoś odważy mieć inne od nich zdanie. Kilka lat temu słyszałam: „dopiero przyjechała i już się "wymądrza" i pewnie mieli rację. To wcale nie powstrzymało mnie od posiadania wrażeń, opinii, doświadczeń, którymi chciałabym się wówczas podzielić. Na początku jak się wymądrzałam bezkrytycznie, to było źle. Dziś się "wymądrzam" krytycznie i też jest źle. Nie wiem, ile lat trzeba w Izraelu mieszkać, żeby móc zabrać głos w tutejszych sprawach ale wydaje mi się, że ta ewolucja opinii i przekonań jest znacznie bardziej interesująca dla moich czytelników i dla mnie samej niż odczekanie 20-tu lat na możliwość zabrania głosu. A i wtedy pewnie znajdzie się ktoś kto Ci powie, że "w d...byłaś i g...widziałaś:)

Faktem jest, że wraz ze wzrostem zainteresowania tematem Izraela powstaje coraz więcej blogów, książek i relacji. Rozumiem poniekąd