Najdziwniejsze sytuacje, które przytrafiły mi się w Izraelu

Aktualizacja: sie 21



Ten temat naszedł mnie wczoraj podczas porannej kawy. Ni stąd ni zowąd zdałam sobie sprawę z tego, że mieszkając 6 lat w tym niesamowitym kraju zdarzyło się w moim życiu więcej niż przez poprzednich 10 lat w Polsce. Zapewne jest to zasługa nie tylko samej emigracji, ale szczególnych lat, w jakich się wydarzyła. Przez okres tych kilku ostatnich lat zrealizowałam największe marzenie tworząc projekt Izrael Friendly, podróżowałam po świecie jak nigdy przedtem spotkałam setki inspirujących ludzi, kilku wariatów, nauczyłam się języka angielskiego , a po nim hebrajskiego. Pracowałam w zawodach, o jakie bym siebie nigdy nie podejrzewała, podejmowałam sporo głupich ale też mądrych decyzji ale przede wszystkim ostatnie lata, to moje ustatkowanie się: założenie rodziny i pierwsze dziecko. Wiadomo, że to dużo znaczących zmian jak na jedną osobę. Nie będę jednak zanudzać przemyśleniami na temat zmiany statusu matrymonialnego czy wyzwaniach związanych z pracą. Dziś zaskoczę Was kilkoma anegdotycznymi historiami, które przytrafiły mi się w Izraelu. Nie są to sytuacje przełomowe czy pełne patosu. O nie! Dziś będzie na lekko i z przymrużeniem oka.

Wszystkie te historie uchylają jakiś rąbek tajemnicy na temat tutejszej mentalności, kultury czy rzeczywistości, w której się poruszałam. Jedne mogłyby się wydarzyć w Polsce, inne zdecydowanie z mniejszym prawdopodobieństwem. Z resztą zobaczcie sami.

NIEMORALNA (?) PROPOZYCJA

Na początku mojego nowego życia w Izraelu urządzaliśmy się w nowo wynajętym mieszkaniu w Rishon Lezion, skąd pochodzi mój mąż. Właściciel mieszkania okazał się być niesamowicie ciepłym i pomocnym człowiekiem, co nie jest tak oczywiste przy wynajmie mieszkania w Izraelu. W Izraelu wynajem mieszkania nie jest wcale taką prostą sprawą. Zwykle, na przeróżne sposoby trzeba udowodnić właścicielowi, że jest się niemal arabskim szejkiem z workiem pieniędzy. Nie tylko trzeba podpisać umowę na minimum rok, wręczyć z uśmiechem na na twarzy 12 podpisanych czeków na cały rok najmu. Często trzeba także wręczyć dodatkowy depozyt na ok. 20 - 30 tysięcy NIS w razie ewentualnych zniszczeń. W trakcie naszej "kariery najemców" zdarzyło nam się jeszcze być proszonym o pokazanie tzw. "Tlush maskoret", czyli dokumentu poświadczającego wysokość miesięcznych zarobków. Spotkały nas także inne niemiłe sytuacje ale w przypadku naszego pierwszego wspólnie wynajętego mieszkania nie mogło być lepiej. Dlaczego poszło tak gładko? Ano dlatego, że właściciel o imieniu Shlomo okazał się wielkim fanem lini lotniczych El Al. Dowiedziawszy się, że właśnie tam pracuje mój Shahak, właściciel z miejsca zrezygnował z większości weryfikacji i skończyło się tylko na 12 czekach. Ba! Nawet pomógł nam wnieść nową pralkę do mieszkania. Fakt, że Shahak pracował w szanowanej firmie sprawił, że właściciel postrzegał go jako świetną partię. Jak wielkie nadzieje Shlomo pokładał w osobach zatrudnionych przez El Al? Ano okazuje się, że bardzo wielkie.

Kilka tygodni po wprowadzeniu się do owego mieszkania Shlomo niespodziewanie skontaktował się z moim mężem i zaproponował mu bardzo ciekawy biznes. Jego córka, która mieszka w Stanach Zjednoczonych szukała wówczas dawcy nasienia, by móc starać się o upragnione dziecko. Najwyraźniej Shlomo doszedł do wniosku, że Shahak prezentuje najlepszy zestaw genów, toteż właśnie jemu zaproponował zapłatę w postaci kilku tysięcy NIS za materiał genetyczny. Shahak jak się okazało spełniał wszystkie wymagania właściciela, a były to: żydostwo, dobra praca i możliwość udania się do kliniki leczenia niepłodności w Los Angeles, ponieważ Shahak bywał tam kilka razy w miesiącu.

Nie muszę Wam chyba wyjaśniać, w jak wielkim byłam szoku słysząc tak dziwną propozycję od nowo spotkanego znajomego. Propozycja kwoty mającej zrekompensować poniesiony trud mojego narzeczonego odzwierciedlała wówczas miesięczne, przeciętne zarobki w Izraelu, a na pewno większe niż moje wynagrodzenie na tamten moment. Chwilę się z tego pośmialiśmy i oczywiście zdecydowaliśmy się odrzucić tą schlebiającą nam propozycję, choć przyznam się szczerze, że utwierdziło mnie to w przyjemnym przekonaniu, że i ja dobrze ulokowałam inwestycję w materiał genetyczny moich przyszłych dzieci. Po naszej pierwszej wspólnej „produkcji” wiem, że Shlomo "miał nosa" do wykrywania materiału genetycznego wysokiej jakości. Nasz pierwszy syn Adam udał się znakomicie! Za 3 tygodnie (Be shaa Tova!) będziemy testować materiał genetyczny na dziewczynki.


SZABAT GOJA

Fakt, że ortodoksyjni Żydzi czasem potrzebują „dodatkowych rąk”, by coś załatwić w czasie Szabatu, a co jest dla nich zakazane, nie było dla mnie żadną nowością, kiedy pojawiłam się w Izraelu. Czytałam o takich zwyczajach i praktyce jeszcze przed przylotem do Izraela i nigdy nie poczytywałam sobie takiej prośby jako zniewagi. Doskonale zdaję sobie sprawę jak słowo "goja" jest odbierane pejoratywne w polskim słowniku. Bardzo często odnosiłam także wrażenie, że taka prośba skierowana do obcej osoby jest bardziej niekomfortowa dla osoby, która prosi niż dla tej, która jest proszona.

Jak wielu z Was świetnie wie, świat religijnych Żydów jest w pewnym sensie życiem z bardzo szczegółową instrukcją obsługi. Dokładnie 613 micwot (dobrych uczynków) zobowiązuje bogobojnych Żydów do przestrzegania przeróżnych nakazów i zakazów zaczerpniętych z Pięcioksięgu. Wiele z nich jest dziś zupełnie archaicznych lub wręcz niemożliwych do przestrzegania. Natomiast wiele wciąż obowiązuje mimo upływu kilku tysięcy lat. I tak podczas świętego dnia Szabatu religijny Żyd nie może wykonywać szeregu, wydawałoby się dla nas, niewinnych czynności. Nie może zapalać światła, nie może używać urządzeń elektrycznych w tym windy, kuchenki, oczywiście telefonu czy komputera ale także nie może prowadzić pojazdów mechanicznych. Z takich zakazów bardziej oryginalnych nie może także rwać papieru (papier toaletowy należy porwać przed szabatem, by móc z niego skorzystać w trakcie), nie wolno korzystać z mydła w pompce, gdyż naciskanie pompki uważane jest za pracę, nie wolno obcinać paznokci czy stosować makijażu. Oczywiście nie każdy kto jest Żydem przestrzega tych wszystkich zasad, co więcej nie każdy religijny Żyd także postępuję idealnie zgodnie z tymi wytycznymi. Dziś w dobie postępu wiele rozwiązań pozwala wypracować kompromis pomiędzy tym, co tradycyjne a tym co komfortowe. Najlepszym przykładem są specjalne kuchenki utrzymujące ciepło lub ustawione na auto włączanie się o określonych godzinach przez 25 godzin trwania szabatu, by nie trzeba było ich samemu włączać i wyłączać, co jest zakazane w Szabat. W czasie Szabatu nie wolno używać pieniędzy, ani karty kredytowej.

A co ma zrobić religijny Żyd zawieruszony w miejskiej, świeckiej dżungli, jeśli w Szabat nie ma się co do gardła włożyć, a głód wierci mu dziurę w żołądku?

Taka sytuacja przytrafiła się pewnemu ortodoksyjnemu Żydowi z Jerozolimy, który zawitał w naszym zupełnie świeckim hotelu w Tel Aviv na kilka minut przed zmierzchem, a więc nie był w stanie dojechać do rodziny w Jerozolimie przed rozpoczęciem Szabatu. Nie wiem czy wybór hotelu był przypadkowy czy nie miał innego wyjścia. Są bowiem w Tel Aviv hotele, w których ortodoksyjny Żyd byłby nieco mniej udręczony przestrzeganiem Szabatu.

Tak się złożyło, że ów człowiek natrafił na mnie na recepcji. W tym hotelu normą było skracanie dystansu z gośćmi i odprowadzanie ich osobiście do pokoju, tłumacząc po drodze w windzie tak "zawiłe" kwestie jak godziny serwowania śniadania, czasu pracy siłowni czy rezerwacje na jacuzzi na dachu. Nasz ortodoksyjny gość zdawał się być zupełnie zagubiony nie tylko w świeckiej czasoprzestrzeni ale także w tak bliskim kontakcie ze świecką kobietą. Krępowała go moja obecność toteż rzadko w ogóle spoglądał w moją stronę. Przez większość naszych rozmów patrzył w podłogę. Nie zdecydował się jednak na pełne odrzucenie mojej pomocy, ponieważ szybko zorientował się, że prawdopodobnie ode mnie będzie zależało jego przetrwanie przez kolejnych 25 godzin. Nie zdążył zrobić zakupów, nie miał ze sobą nic począwszy od walizki, a na jedzeniu kończąc. W hotelu nie było restauracji, a nawet jakby była to przecież niekoszerna. Trzeba Wam wiedzieć, że ortodoksyjny Żyd ma prawo skorzystać z pomocy tzw. "Szabat goja" ale nie ma prawa wyrażać wprost swoich potrzeb i próśb. Dlatego człowiek ten stosował różnego rodzaju zabiegi, by zakomunikować, czego potrzebuje. I tak po wejściu do pokoju zaczął przystosowywać pokój do swoich wymagań. Językiem migowym dał mi do zrozumienia, że chciałby żebym włączyła mu telewizor. I tu nastąpiło moje pierwsze z wielu zdziwień. Telewizor zakrył kocem i tak z telewizora zrobiło się radio. Być może radio to nieco mniejszy grzech niż telewizor? Nie wiem, nie miałam śmiałości zapytać.

Następnego dnia zszedłszy do recepcji znowu trafił na mnie i ponownie językiem na wpół migowym wyjaśnił, że napiłby się kawy toteż zamówiłam dla niego kawę w naszej kawiarni. Około południa kręcił się i wiercił pod hotelem. Nie wiedziałam czemu, dopóki sama nie wyszłam na przerwę do pobliskiego supermarketu. Doskoczył do mnie z impetem i wyraźnie już zapytał czy mogę mu pomóc w zakupach, gdyż on musi coś zjeść. Obracając się kilkakrotnie za siebie upewniał się, że nikt go nie widzi. Nie tylko dlatego, że spacer ze świecką kobietą jest już podejrzany. Musiał także zorganizować kwestię zapłaty za zakupy. Sam nie mógł posługiwać się pieniędzmi zatem niespodziewanie dał mi do ręki 100 NIS i wyjaśnił, że ja mam zapłacić. Sam nie odważył się niczego ściągnąć z półek. Wskazywał nieśmiało produkty, a ja zorientowałam się, że do mnie należy włożenie ich do koszyka.

Po całym jego pobycie u nas było mi go właściwie żal. Wyrwany ze swojego znanego kontekstu był ciągle przerażony, że ktoś go może zobaczyć, że robi coś niewłaściwego. Nie wiem też na pewno, jaki był powód, że znalazł się właśnie w takim hipsterskim hotelu. A może był to jego pierwszy „gigant” w życiu i wcale nie miał zamiaru wracać do Jerozolimy tylko rozpocząć nowe życie po świeckiej stronie? Tego nigdy się nie dowiemy, a mnie zostało z tego wszystkiego anegdotyczne wspomnienie.

Od razu uprzedzając potencjalne interpretacje, chciałabym dodać, że zupełnie nie miałam problemu z tym, aby pomóc temu człowiekowi ogarnąć tak proste sprawy mimo, że dla kogoś mogłoby się to wydawać służbą czy pewnym wykorzystaniem. Zrobiłam to z własnej woli tym bardziej, że widziałam jak zagubiony jest to człowiek w miejskiej dżungli, a sposób proszenia o pomoc był jak najbardziej pełny szacunku. Później pracowałam już w większym hotelu, gdzie standardem było, że goście wypytywali skąd jestem, by opracować sobie strategię na ewentualne małe przysługi w Szabat. W hotelach w Tel Aviv pracuje mnóstwo ludzi z całego świata, którzy rozmawiają w wielu językach, a spora część z nich nie jest Żydami. W hotelach, które są koszerne goście mogą liczyć na wszelkie udogodnienia związane z przestrzeganiem Szabatu. Jedną z takich "usług" jest nieszczęsna "winda szabatowa". Winda ta zatrzymuje się na każdym piętrze automatycznie, by religijny gość nie musiał wciskać swojego piętra, co jest zakazane. W każdym większym hotelu funkcjonuje zwykle winda szabatowa oraz winda ekspresowa. Już nie pamiętam ile dokładnie pięter było w Sheratonie w Tel Aviv (chyba ok 20) ale wystarczająco dużo, by korzystać z windy zamiast iść na piechotę. Możecie sobie tylko wyobrazić jak długo trzeba czekać na taką windę i w takiej windzie, by osiągnąć punkt swojego przeznaczenia. Dlatego zawsze wchodząc do zwykłej windy w czasie Szabatu stawałam się "lokalną sensacją" dla gości wciskając nonszalancko kolejno poszczególne piętra, na których mieszkali wyczerpani wakacjami urlopowicze.

Oblicza ortodoksji są przeróżne. Sami będąc ludźmi świeckimi przyjaźnimy się blisko z młodą parą z Jerozolimy z czwórką dzieci (dziewczyna jest młodsza ode mnie), którzy są religijni, ale z otwartą głową. Co to znaczy? Sami przestrzegają niemal wszystkich zasad, ale nie mają kompletnie problemu z tym, że my ich nie przestrzegamy. Możemy z nimi rozmawiać na każdy temat i jeść na ich oczach to, co lubimy.

Świętowaliśmy z nimi naszą 4 rocznicę ślubu podczas krótkiego wyjazdu na Cypr. W czasie szabatu pokornie znosili wózek z dzieckiem z 5 piętra, w restauracji wybierali dozwolone, choć przecież niekoszerne potrawy, a w czasie szabatu byliśmy umówieni tak, że my płacimy a oni w następnym dniu zapłacą za nas. Są to ludzie, którzy codziennie się modlą, nie używają żadnej elektroniki w szabat, nie jeżdżą samochodem itd.

Poziom religijnego zaangażowania czy ortodoksji w praktyce bywa odmienny dla różnych ludzi i grup, w jakich Ci ludzie dorastali. Nasi znajomi są pozytywnym przykładem ortodoksji światłej, która nie poddaje ocenie innych Żydów i nie Żydów. Pewnie dlatego tak dobrze się z nimi czujemy.

AGENTKA WROGICH SIŁ (?)

Kiedy po raz pierwszy przyleciałam do Izraela zakochałam się w tym miejscu tak bardzo, że chciałam zostać jak najdłużej. W niewielkim stopniu zaprzątałam sobie głowę takimi przyziemnymi kwestiami jak praca czy pieniądze i gdzie je znaleźć w tak drogim Izraelu. Tak właśnie objawia się pierwsze stadium choroby zwanej izraelskim wirusem: totalny brak kontaktu z rzeczywistością… Zaplanowany pobyt na 2 tygodnie zamienił się w miesiąc podróży po kraju z nadzieją, że przecież nie ma rzeczy niemożliwych, a więc na pewno z moim tupetem znajdę szybko jakąś pracę. Rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię. Podobnie jak wiele osób z Polski żyjących w Unii Europejskiej zupełnie zapomniałam, że istnieje coś takiego jak granice i, że kraje poza Unią mogą nie chcieć zatrudniać osób z innych krajów. I tak chodząc od hotelu do hotelu (to był mój oczywisty pomysł na szybki sukces w zalezieniu zatrudnienia) w Tel Aviv odbijałam się od ściany pt. ”pozwolenie na pracę". Niestety takie pozwolenie na pracę nie jest wydawane dla każdego chętnego. Jest to skomplikowany proces, w wielu sytuacjach niemożliwy do przeprowadzenia dla samodzielnej kobiety. Najczęściej wizę pracowniczą dostaje się przez związek z Izraelczykiem lub Izraelką lub posiadając jakieś niezwykle cenne i rzadkie umiejętności, których w kraju panuje deficyt.

W jednym z hoteli po kolejnej pesymistycznej rozmowie z działem HR, zaczepił mnie przy wyjściu starszy mężczyzna pracujący w roli hotelowego boya o imieniu Ben (skrót od Benjamin). Najwyraźniej mój słowiański urok zadziałał także w tym momencie i zaczęliśmy rozmawiać. Zatrzymał mnie i zaczął wypytywać, co tu robię i skąd jestem. Ja, jak to ja opowiedziałam mu całą swoją historie zachwytu nad Izraelem. Na co on zapytał mnie tylko, czy jestem Żydówką i moja odpowiedź zupełnie zbiła go z tropu. Nie mógł pojąć, jak ktoś nie będąc Żydem tak bardzo chce zamieszkać w Izraelu. Przecież to kraj takich trudności, nikt nas nie lubi - tłumaczył swoje niedowierzanie. Nie mniej jednak widząc mój smutek z powodu nieudanej rozmowy o pracę próbował na poczekaniu naradzić się z równie znudzonymi kolegami z recepcji i wymyślali różne rozwiązania dla mojej sytuacji - jak na przykład konwersja. Wydawali się być bardzo zainteresowani choćby namiastką pomocy. Podziękowałam za szczere słowa wsparcia i już udawałam się do wyjścia, kiedy Ben poprosił, bym napisała mu swoje imię i nazwisko i telefon w razie gdyby słyszał coś o jakiejś możliwości pracy. I tutaj historia mogłaby się zakończyć, ale się nie zakończyła. W 2 lata później rozpoczęłam pracę w tym samym hotelu na stanowisku concierge na recepcji. Ja dobrze pamiętałam Bena, ale jemu więcej czasu zajęło przypomnienie sobie, skąd moja twarz wydaje mu się tak znajoma. Pracowaliśmy razem chyba z pół roku, aż wreszcie podczas jednej z wieczornych zmian wypaliłam do Bena:

- Ben, no naprawdę mnie nie pamiętasz? Byłam tutaj 2 lata temu, szukałam pracy, rozmawialiśmy itd.

W tym momencie Ben podskoczył jakby w głowie odskoczyły mu gotowe tosty i wykrzyknął:

-To Ty! To Ty byłaś tutaj! Jak mogłem nie poznać! Czy Ty sobie zdajesz sprawę, z tego ile ja o Tobie myślałem? Po tym jak wyszłaś, ja skontaktowałem się z moim kolegą, który pracuje w służbach specjalnych Szinbet i wypytywałem czy nic o Tobie nie słyszeli. Ja się znam na agentach! Samotna, atrakcyjna dziewczyna nagle ni stąd ni z owąd chce zamieszkać w Izraelu? To mi się wydawało niemożliwe. Wietrzyłem spisek i byłem pewien, że dla kogoś pracujesz!

Ja w odpowiedzi wybuchnęłam gromkim śmiechem wiedząc, że oto właśnie dopisuję kolejny rozdział do mojej nigdy niewydanej powieści o mocno roboczym tytule pt. Izrael na kozetce. Zareagowałam też bez wielkiego zdziwienia, ponieważ do tego czasu już zdawałam sobie sprawę z tego, że wielu Izraelczyków jest nieufnych wobec "gorliwych fanów Izraela”. Każdy też ma poczucie, że woluntarystycznie pracuje w służbie kraju i jego moralnym obowiązkiem jest wytropienie potencjalnych zagrożeń, nawet jeśli nikt go o to nie prosi. Jak się później okazało Ben w przeszłości otarł się o pracowników wewnętrznych służb specjalnych zatem w jego doświadczonej głowie najwyraźniej zapaliłam czerwone lampki spełniając warunki na prawdziwą agentkę ze zbyt podejrzaną przykrywką. Ben pracuje w tym hotelu do dziś i obserwuje, obserwuje, obserwuje. Ten typ tak ma.

SZAŁ POKEMONÓW

Nigdy nie byłam fanką gier komputerowych, tak samo jak nigdy nie pociągała mnie literatura science fiction. Toteż kiedy w 2016 na całym świecie wybuchła histeria związana z polowaniem na pokemony obserwowałam to zjawisko z daleka nie bardzo wiedząc, o co w tym wszystkim chodzi. Zabawne też jest to, że z gry, w którą wówczas grało kilkanaście milionów ludzi dziś pozostał tylko zakurzony przebłysk wspomnienia. I byłabym zupełnie o tych pokemonach zapomniała gdyby nie jedna sytuacja, która przytrafiła mi się także w czasie, kiedy pracowałam w hotelu w Tel Aviv na recepcji. Tym razem to także był Sheraton. W większości interakcji goście hotelowi byli sympatyczni i bardzo lubiłam tą pracę. Sporą grupę hotelowych gości stanowili wszelkiej maści ludzie biznesu, czyli nie typowi turyści.

Pewnego razu w czasie zamykania rachunku pokoju jednego z naszych gości spotkała mnie przezabawna sytuacja. Mężczyzna w wieku ok. czterdziestki wymieniał właśnie ze mną poranne uprzejmości przy okazji wymeldowania, kiedy nagle spojrzał na telefon i niespodziewanie wyszedł z kolejki oczekujących do check outu i pognał w nieznanym kierunku. Nie uprzedził, nie wyjaśnił, nic nie powiedział, rachunek czekał niezapłacony. Po prostu odszedł, by wrócić po minucie i zakomunikować z wypiekami na twarzy, że oto właśnie udało mu się zdobyć kolejnego pokemona, który pałętał się najwyraźniej po naszym hotelu "na krzywy ryj" za nic sobie mając wysokie stawki za noc.

Wydaje mi się, że ludzie, którzy grają w gry komputerowe mają jakiś gen, neuron, zespół cech, których ja nigdy nie posiądę. Czasem zazdroszczę takim ludziom życia fantazją. Ja jestem bardziej osadzona w tym, co widzę i słyszę. Ktoś mógłby powiedzieć, że właśnie ja jestem osobą żyjącą w fantazji, bo taką fantazją właśnie stał się dla mnie Izrael. Konkluzja z tego taka, że jeśli coś jest dla mnie w sferze fantazji, a bardzo tego pragnę to tak działam, żeby ten pomysł przerobić z fantazji w plan działania. Takim właśnie planem był projekt Israel Friendly. Wiedziałam, że żeby spełnić moje marzenie muszę urealnić mój biznes plan. Nie mogę latać po ulicach i tylko czatować aż pojawią się łaskawe pokemony. Muszę te pokemony sobie sama namalować, wyciąć z papieru i codziennie z nimi rozmawiać. I oto jestem 6 lat w miejscu, o którym marzyłam, by żyć. A jaki jest Twój pokemon do skolekcjonowania?


Dziwnych historii jest oczywiście więcej. Te akurat dziś przyszły mi do głowy. Z pewnością życie każdego z Was jest pełne przeróżnych sytuacji także z udziałem Izraelczyków czy Żydów. Jeśli chcecie podzielcie się w komentarzach.



724 wyświetlenia